Raport: 24. kolejka Premier League

7 lutego 2012, 13:24 | Sz. Bakalarski, C. Piech, P. Pikuła | Źródło: własne

Najciekawszym wydarzeniem piłkarskiego weekendu w Anglii był niewątpliwie szlagier na Stamford Bridge, w którym drużyny Chelsea i Manchesteru United stworzyły zakończone remisem 3:3 emocjonujące widowisko. Jednak ciekawie nie było tylko w zachodniej części Londynu. Świetną skutecznością popisali się podopieczni Arsene'a Wengera, niespodzianki zafundowali swoim kibicom drużyny beniaminków z Norwich i Swansea, które wygrały swoje wyjazdowe spotkania, a rozczarowaniem 24. serii spotkań Premier League był poniedziałkowy hit w Liverpoolu. Zapraszamy na cotygodniowe podsumowanie wydarzeń na angielskich boiskach.


Arsenal FC - Blackburn Rovers 7:1 (3:1)
Bramki:
van Persie 2' 38' 62', Oxlade-Chamberlain 40' 54', Arteta 51', Henry 90' - Pedersen 32'.

Spotkaniem rozpoczynającym 24. kolejkę Premier League było starcie Arsenalu z Blackburn Rovers. To, co sobotniego popołudnia mogli oglądać kibice zgromadzeni na Emirates Stadium, można określić tylko jednym stwierdzeniem: pogrom. Ale od początku... Wynik już w 2. minucie, po podaniu z prawej strony od Theo Walcotta, otworzył prezentujący w tym sezonie wyśmienitą formę Robin van Persie. Przez pierwszą część spotkania mecz można było określić wyrównanym. W 30. minucie do remisu doprowadził Morten Gamst Pedersen po pięknym uderzeniu z rzutu wolnego. Jednak już osiem minut później mogliśmy zobaczyć identyczną akcję, jak z początku spotkania. Walcott podał z prawej strony, a pod bramką już czekał holenderski napastnik, który z łatwością dał Arsenalowi prowadzenie 2:1. Z kolei dwie minuty później to van Persie popisał się asystą, posyłając piłkę do Aleksa Oxlade'a-Chamberlaina, który najpierw położył bramkarza gości, a następnie umieścił piłkę w siatce. Z pewnością nastrojów podopiecznych Steve'a Keana nie poprawił Gael Givet, który w 43. minucie wyleciał z boiska po faulu na van Persie'em. Druga część meczu była już totalną dominacją miejscowych. Strzelanie po przerwie rozpoczął w 51. minucie Mikel Arteta, który pokonał golkipera Rovers mocnym uderzeniem zza pola karnego. Potem gole zdobywali ponownie Oxlade-Chamberlain w 54. minucie i van Persie w 62. Ostateczny cios zadał wprowadzony w drugiej połowie Thierry Henry, zdobywając gola w końcówce i ustalając wynik na 7:1 dla "Kanonierów". Tym samym Arsenal ma na swoim koncie 40 punktów i stratę do lidera wynoszącą aż 17 "oczek". Natomiast Robin van Persie umocnił się na pozycji lidera strzelców Premier League z 22 zdobytymi bramkami.



Norwich City - Bolton Wonderers 2:0 (0:0)
Bramki:
Surman 70', Pilkington 85'.

W meczu na Carron Road Bolton Wanderers miał za zadanie ugrać chociaż jeden punkt, który mógłby nieco poprawić nastroje włodarzy i kibiców "Kłusaków". Niestety podopiecznym Owena Coyle'a widmo spadku coraz głębiej zagląda w oczy. Tym razem za silny dla nich okazał się być beniaminek z Norwich. Mimo że sam mecz nie stał na wysokim poziomie, "Kanarkom" udało się zdobryć to, co najważniejsze, a mianowicie trzy punkty. Pierwsza połowa nie przyniosła jednak rozstrzygnięc, mimo że gospodarze mieli ku temu kilka sytuacji, najlepszą z nich zmarnował Andrew Surman uderzając z 6 metrów w poprzeczkę. Co więcej, już przed przerwą Russel Martin i Zak Whitebread zeszli do szatni z powodu kontuzji. W drugiej połowie inicjatywę przejęli goście. Nie potrafili oni jednak udokumentować przewagi zdobyczą strzelecką. Dopiero w 70. minucie rozwiązał się worek z bramkami, wtedy to Surman na raty pokonał Adama Bogdana, a kibice na Carron Road eksplodowali. Po objęciu prowadzenia gospodarze postanowili iść za ciosem i, jak się okazało, opłaciło im się to. Co prawda, najpierw swojej szansy nie wykorzystał Grant Holt, ale po chwili bardziej skuteczny był Anthony Pilkinkton, który umieścił piłkę w siatce po sporym zamieszaniu podbramkowym. Cała sytuacja miała miejsce w 85. minucie i była ostatnim, godnym zauważenia, momentem tego meczu. Tak więc "Kanarki" dopisały do swojego konta kolejne trzy "oczka", natomiast menedżer Boltonu musi solidnie zastanowić się nad grą swoich zawodników i sposobie, dzięki któremu możliwe będzie utrzymanie drużyny w Premier League.



Queens Park Rangers - Wolverhampton Wanderers 1:2 (1:0)
Bramki:
Zamora 16' - Jarvis 46', Doyle 71'.

Na Loftus Road zmierzyły się ze sobą zespoły Queens Park Rangers i Wolverhampton Wanderers. Od początku spotkania do natarcia ruszyli gospodarze. Świetnie w ofensywie QPR spisywał się sprowadzony niedawno Djibril Cisse, który, debiutując w poprzedniej kolejce, zdobył gola przeciwko Aston Villi. Francuz co chwilę uczestniczył w akcjach ofensywnych swojego zespołu. Jednak tym razem na listę strzelców wpisał się inny debiutant. W 16. minucie po fantastycznym odegraniu Shauna Wrighta-Phillipsa wynik spotkania otworzył sprowadzony z Fulham Bobby Zamora. Całą akcję rozpoczął nie kto inny jak Cisse, który był zdecydowanie wyróżniającą się postacią pierwszej fazy spotkania, niestety tylko do 34. minuty. Francuz po uderzeniu Rogera Johnsona (wcześniej Anglik sfaulował Cisse) ujrzał czerwoną kartkę i musiał opuścić boisko. O tym, jak strata swojego napastnika podziała na gospodarzy, mogliśmy przekonać się od pierwszych sekund drugiej połowy. Nie istniejący w pierwszej części zawodnicy Mick'a McCarthy'ego rzucili się do ataku. Zaraz po przerwie do remisu doprowadził Matt Jarvis. Przez kolejne dziesięć minut podopieczni Marka Hughesa nie potrafili podnieść się po stracie gola. A goście skrupulatnie ostrzeliwali bramkę miejscowych, których ratowały albo poprzeczka, albo brak skuteczności graczy Wolverhampton. W 71. minucie Kevinowi Doyle'owi udało się jednak dobić gospodarzy, strzelając drugiego gola dla przyjezdnych. Zawodnicy Hughesa obudzili się dopiero pod koniec spotkania, jednak było już zdecydowanie za późno na ratowanie wyniku. Statystyki spotkania: posiadanie piłki 50% - 50%, strzały na bramkę 6:7, sytuacje bramkowe 11:14.



Stoke City - Sunderland AFC 0:1 (0:0)
Bramka:
McClean 60'.

W sobotę na zaśnieżonym Brittania Stadium drużyna Stoke City podejmowała Sunderland. Przez pierwszą część spotkania oba zespoły nie wykazały się niczym specjalnym, zdecydowanie brakowało strzałów, a tym bardziej sytuacji bramkowych. Jedną z nielicznych w wykonaniu gości popisał się w 30. minucie Stephane Sessegnon. Z pewnością kluczowym wydarzeniem dla przebiegu drugiej połowy była 45. minuta meczu. Wtedy to czerwoną kartką ukarany został Robert Huth za faul na Davidzie Meylerze. Grając w przewadze, podopieczni Martina O'Neilla zaczęli dominować na boisku. Efektem tego była bramka strzelona w 60. minucie przez Jamesa McCleana, który, po podaniu Sessegnona, z bliskiej odległości pokonał Sorensena. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Goście kontrolowali grę, a zawodników Stoke stać było tylko na kilka nieudanych prób zagrożenia bramce strzeżonej przez Mignoleta. Było to szóste zwycięstwo w ósmym meczu drużyny prowadzonej przez O'Neilla.



West Bromwich Albion - Swansea City 1:2 (0:0)
Bramki:
Fortune 54' - Sigurdsson 55', Graham 59'.

W sobotnie popołudnie mieliśmy okazję oglądać zespoły West Bromwich Albion i Swansea, które zajmowały sąsiednie miejsca w tabeli angielskiej ekstraklasy. Można więc było ten mecz nazwać takim z kategorii "za sześć punktów". Pierwsza połowa spotkania stała na niskim poziomie, na pewno w efektownej grze nie pomagały zimowe warunki atmosferyczne, jednak można było się spodziewać czegoś więcej. Dość powiedzieć, że najbardziej emocjonującym momentem w okresie pierwszych 45 minut było zagranie ręką jednego z obrońców Swansea we własnym polu karnym, gwizdek arbitra pozostał jednak głuchy na protesty zawodników gospodarzy. Bardziej aktywnym zespołem byli podopieczni Roy'a Hodgsona, jednak nie potrafili oni udokumentować przewagi i wykorzystać kilku sytuacji po stałych fragmentach gry. Udało im się to dopiero w 54. minucie, kiedy to Mark-Antoine Fortune po rzucie rożnym umieścił piłkę w siatce. Na odpowiedź jednak nie trzeba było długo czekać, bo już minutę później na tablicy wyników widniał remis. Wykazał się tym razem wypożyczony z Hoffenheim Gylfi Sigurdsson, który ze spokojem wykorzystał płaskie dośrodkowanie kolegi z zespołu i zdobył swojego pierwszego gola dla "Łabędzi". Jak się okazało nie było to ostatnie słowo w wykonaniu Islandczyka. Pięć minut później zaliczył on bowiem asystę przy bramce Danny'ego Grahama. Po objęciu prowadzenia przez Swansea oba zespoły miały jeszcze kilka dogodnych sytuacji do zdobycia goli, najlepszej z nich dla gospodarzy nie wykorzystał Peter Odemwingie, który z czterech metrów nie umiał umieścić piłki w pustej bramce. Tym sposobem drużyna Brendana Rodgersa odniosła bardzo ważne zwycięstwo na The Hawthorns i zrobiła kolejny, duży krok w kierunku utrzymania się w Premier League.



Wigan Athletic - Everton FC 1:1 (0:0)
Bramki:
Neville 76' (sam.) - Anichebe 83'.

Będące w fatalnej formie zespół Wigan Athletic podejmował na DW Stadium drużynę Evertonu. Podopieczni Davida Moyesa jechali do Wigan po sensacyjnym zwycięstwie nad Manchesterem City i to oni byli zdecydowanym faworytem tego meczu. Od samego początku spotkanie było bardzo zaciekłe i wyrównane, jednak gra toczyła się głównie w środku boiska. W pierwszej połowie dobrą okazję do zdobycia bramki zmarnował Franco di Santo. Swoją szansę miał również Darron Gibson, jednak jego strzał mógł postraszyć jedynie kibiców siedzących za bramką Aliego Al-Habsiego. Na pierwszego gola kibice musieli czekać dopiero do 76. minuty. Jean Beausajour dośrodkował piłkę w pole karne, a Phil Neville niefortunnie skierował ją do własnej bramki. Spory udział przy tym trafieniu miał też inny były piłkarz Manchesteru United, Tim Howard, który powinien złapać dość wolno lecącą futbolówkę. Odpowiedź Evertonu była błyskawiczna - po 7 minutach od straty bramki swoje trzecie trafienie w sezonie zanotował Victor Anichebe, wykorzystując dośrodkowanie Leightona Bainesa. Mecz zakończył się remisem, z którego zadowolony może być tylko zespół Roberto Martineza. Dla jego podopiecznych każdy punkt jest bowiem na wagę złota.



Manchester City - Fulham FC 3:0 (2:0)
Bramki:
Aguero 10', Baird 30' (sam.), Dżeko 72'.

Liderujący w Premier League Manchester City mierzył się z drużyną Fulham. Po ostatniej niespodziewanej porażce z Evertonem, zespół Roberto Manciniego był żądny zwycięstwa. Od samego początku piłkarze City rzucili się do ataku, a pierwszą doskonałą okazję meczu zmarnował Edin Dżeko. Kilka minut później sędzia popełnił błąd i podyktował rzut karny dla gospodarzy. Powtórki pokazały, że Chris Baird wcale nie faulował Adama Johnsona, a kontakt pomiędzy piłkarzami wyniknął tylko ze sprytu Anglika. Jedenastkę pewnie wykorzystał Sergio Aguero, nie dając szans bramkarzowi "The Cottagers". Piłkarze Martina Jola, pomimo wyraźnej przewagi ekipy z Manchesteru, wyprowadzali groźne kontry, a jedna z nich zakończyła się strzałem Damiena Duffa, który jednak nieznacznie minął bramkę strzeżoną przez Joe Harta. W 30. minucie w rolach głównych kolejny raz wystąpili Johnson i Baird. Po składnej akcji gospodarzy, piłkę w polu karnym otrzymał Anglik i mocnym zagraniem nabił zawodnika Fulham, który przypadkowo wpakował piłkę do własnej bramki. Trzeciego i ostatniego gola kibice zobaczyli w drugiej połowie. Aguero przeprowadził indywidualną akcję i wyłożył piłkę do Edina Dżeko, a temu wystarczyło jedynie dopełnić formalności, pokonując Marka Schwarzera. Manchester City odniósł 16. ligowe zwycięstwo z rzędu na Etihad Stadium i ponownie odskoczył drużynie sir Aleksa Fergusona, tym razem na dwa punkty.



Newcastle United - Aston Villa 2:1 (1:1)
Bramki:
Ba 30', Cisse 71' - Keane 45'.

Do ciekawego spotkania doszło na Sports Direct Arena, gdzie Newcastle United zmierzyło się z Aston Villą. W zespole "Srok" mógł wreszcie zagrać Demba Ba, który wrócił z Pucharu Narodów Afryki i to on miał stanowić o sile ataku zespołu gospodarzy. Początek przebiegał jednak pod dyktando przyjezdnych, którzy stwarzali sobie więcej okazji do zdobycia bramki. Najlepszą z nich zmarnował Darren Bent. Dość szybko kontuzji nabawił się napastnik "Srok", Leon Best, i jego miejsce na boisku zajął najnowszy nabytek Alana Pardewa, Papiss Demba Cisse. W 30. minucie dość niespodziewanie to gospodarze wyszli na prowadzenie za sprawą Demby Ba. Senegalczyk idealnie odnalazł się w polu karnym i wykorzystał gapiostwo obrońców Aston Villi. Gdy wydawało się, że piłkarze "Srok" zejdą do szatni z jednobramkową zaliczką, gola wyrównującego zdobył Robbie Keane. Irlandzki napastnik wykorzystał kapitalne dośrodkowanie Charlesa N’Zogbii. W drugiej połowie do gry wzięli się gospodarze i to oni dyktowali tempo tego spotkania. Na 20 minut przed końcem Papiss Cisse silnym uderzeniem w samo okienko bramki Shaya Givena dał zwycięstwo zespołowi Newcastle. Do końca meczu wynik nie uległ już zmianie, mimo że Aston Villa stworzyła sobie jeszcze kilka dogodnych okazji na strzelenie bramki. Zespół gospodarzy zdobył bardzo ważne trzy punkty i obronił 5. pozycję w tabeli.



Liverpool FC - Tottenham Hotspur 0:0

W ostatnim meczu 24. kolejki Premier League Liverpool podejmował na własnym boisku zespół Tottenhamu Hotspur. Spotkanie to było awizowane jako jeden z hitów tej kolejki, swego rodzaju dokładka po fantastycznym meczu na Stamford Bridge, więc każdy spodziewał się ogromnych emocji. Zaczęło się spokojnie, goście czekali na swojej połowie na ataki gospodarzy i... nie mogli się ich doczekać. Podopieczni Kenny'ego Dalglisha grali bowiem bez błysku. To samo można z resztą powiedzieć o zawodnikach występujących wczoraj w białych strojach. W ciągu pierwszych 45 minut należałoby wspomnieć o świetnym wślizgu Michaela Dawsona, który zagarnął piłkę wychodzącemu na czystą pozycję Andy'emu Carrollowi oraz kilku niegroźnych strzałach, głównie z dystansu, w wykonaniu Jaya Spearinga, Glenna Johnsona oraz Garetha Bale'a. Niestety żaden z nich nie miał szans zagrozić bramkarzom, gdyż były one albo niecelne, albo po prostu zbyt słabe. Przed przerwą byliśmy więc świadkami naprawdę przeciętnego widowiska, a kibice z Anfield mogli mieć tylko nadzieję, że będzie lepiej. Początek drugiej połowy zapowiadał większe emocje, w 54. minucie pokaz umiejętności aktorskich dał Gareth Bale, który upadł na 25. metrze bez najmniejszego nawet kontaktu z rywalem. Na boisku kotłowało się przez chwilę, a sędzie rozdzielił Walijczyka i Daniela Aggera, upominając przy okazji tego pierwszego żółtą kartką. Niedługo potem kilka swoich szans mieli gracze "The Reds", ale pewnie interweniował Brad Friedel lub przed szansami stawał nieskuteczny tego wieczora Carroll, więc do końca meczu konto amerykańskiego bramkarza pozostało czyste - nie zmienił tego nawet wprowadzony na boisko Luis Suarez. Jeżeli chodzi o pracę Jose Reiny, to na przekroju całego spotkania był on dużo rzadziej zatrudniany niż golkiper "Kogutów". W zasadzie Hiszpan musiał się wykazać tylko w 84. minucie, kiedy to zatrzymał strzał wspominianego wcześniej Bale'a w sytuacji sam na sam. Była to najgroźniejsza i właściwie jedyna stuprocentowa szansa na zdobycie gola przez całe 90 minut, co świadczy jednoznacznie o tym, że drugi z hitów tej kolejki był dla kibiców sporym rozczarowaniem.


Tagi:
raport premier-league

Zobacz także:
15.05 Ur. Patrice'a Evry
Francuski obrońca przyszedł na świat 15 maja 1981 roku w Dakarze. Barw Manchesteru United broni od 2006 roku. Zanim przeniósł się na Old Trafford, był zawodnikiem AS Monaco.
01.06 Ur. Javiera Hernandeza
09.07 Ur. Fabio da Silvy
1. Manchester City 38 89
2. Manchester United 38 89
3. Arsenal 38 70
4. Tottenham Hotspur 38 69
5. Newcastle United 38 65
...
18. Bolton Wanderers 38 36
19. Blackburn Rovers 38 31
20. Wolverhampton 38 25
1. Robin van Persie (Arsenal) 30
2. Wayne Rooney (Manchester United) 26
3. Sergio Aguero (Manchester City) 22
4. Clint Dempsey (Fulham) 17
5. Demba Ba (Newcastle United) 16
6. Yakubu Aiyegbeni (Blackburn Rovers) 16
7. Emmanuel Adebayor (Tottenham Hotspur) 16
8. Grant Holt (Norwich) 14
9. Edin Dzeko (Manchester City) 13



Manchester United Sitemap (XML) Mapa strony Praca Redakcja Kontakt